Gdy na imprezie krajowej padają rekordy życiowe dające przepustkę na salony międzynarodowe, w organizmie sprintera zachodzą dwa potężne zjawiska, których zignorowanie kończy się na docelowych zawodach katastrofą.

​Pierwsze z nich to głębokie wyeksploatowanie fizyczne i nerwowe. Aby pobić „życiówkę”, układ nerwowy musiał wejść na absolutne wyżyny precyzji, generując maksymalne napięcie, rekrutując najwyżej progowe jednostki motoryczne i wytrzymując potężne przeciążenia mechaniczne. Zawodnik po takim biegu jest po prostu wyprany.

​Drugie zjawisko jest jeszcze bardziej zdradliwe – to niewidzialne zmęczenie radością. Kiedy na szyi ląduje medal, a w głowie pojawia się myśl o wyjeździe na Igrzyska, organizm zalewa potężna fala hormonów. Adrenalina, dopamina i endorfiny krążą we krwi na najwyższych obrotach.

Tydzień 1: Adrenalinowy pożar i sztuka nicnierobienia

​W pierwszym tygodniu po sukcesie zawodnik znajduje się w stanie permanentnego pobudzenia. Nawet gdy fizycznie siedzi na kanapie w domu, jego głowa już biegnie na Mistrzostwach Europy. Sama myśl o sukcesie i nadchodzącym wyjeździe wyzwala kolejne wyrzuty adrenaliny. A co robi adrenalina? Uaktywnia i napina całe ciało. Zawodnik męczy swój układ nerwowy (OUN), nawet nie będąc na stadionie. Jego „silnik” cały czas pracuje na jałowym biegu, ale na bardzo wysokich obrotach.

​Dlatego w pierwszym tygodniu absolutnie nie wolno dokładać treningu.

​To nie jest czas na dorabianie czegokolwiek. Próba „podkręcania” szybkości na tak rozgrzanym i jednocześnie wyczerpanym układzie nerwowym to proszenie się o kontuzję i zgaszenie prądu przed najważniejszym startem. Należy dać zawodnikowi jak najwięcej wolnego. Pozwolić mu się nacieszyć sukcesem, dać czas na to, by emocje opadły, a gospodarka hormonalna wróciła do normy (homeostazy). Lepiej w tym czasie zrobić jeden lekki rozruch za mało, niż jeden za dużo.

Tydzień 2: Pobudka bez kwasu, czyli jeden akcent przypominający

​Gdy emocje wreszcie opadną, a układ nerwowy zregeneruje się po pierwszej fali euforii, wchodzimy w drugi tydzień – tydzień bezpośrednio przed startem docelowym. Baza została zrobiona miesiące temu. Szybkość wypracowaliśmy przed Mistrzostwami Polski.

​Jedyne, co musimy teraz zrobić, to przeprowadzić jeden, precyzyjny akcent przypominający.

​Wystarczy pojedynczy bodziec o wysokiej jakości, który zasygnalizuje układowi nerwowemu: „Pamiętasz ten optymalny kąt pochylenia? Pamiętasz, jak aktywować pośladek i wejść w sztywny kontakt z podłożem?”. Ma to być trening niezwykle krótki, celowany w mechanikę i pobudzenie CUN, pozostawiający zawodnika z ogromnym niedosytem i głodem biegania. Żadnego zamulania, żadnego szukania laktatu.

​Dwa tygodnie to za mało, by cokolwiek zbudować, ale to aż nadto czasu, by wszystko zepsuć przebodźcowaniem. Sztuka trenerska na tym etapie polega na odwadze do odpuszczenia. Zaufaj wykonanej wcześniej pracy i pozwól, by adrenalina zeuropejskich czy światowych aren zasiliła wypoczęty, a nie „zajechany” układ nerwowy.