W trenerskich dyskusjach często wraca temat klasycznego modelu periodyzacji: od jesiennej bazy tlenowej, przez rozbudowaną wytrzymałość tempową, aż po mocne odcinki kwasowe w okresie przedstartowym. Przez lata uczyłem się i pracowałem w tym schemacie, obserwując dziesiątki zawodników. Z czasem jednak, zestawiając fizjologię z codzienną praktyką na bieżni, zaczęło rodzić się we mnie fundamentalne pytanie: kogo my właściwie takim treningiem selekcjonujemy na dystans 100 metrów?
Dwa różne profile, jeden wspólny trening?
Czysty sprinter na dystansie 60 i 100 metrów to zazwyczaj układ nerwowy o skrajnie wysokiej pobudliwości, dominacja najszybszych włókien mięśniowych oraz wysoka sztywność struktur sprężystych, pozwalająca na ultrakrótki kontakt z podłożem. Taki silnik potrzebuje przede wszystkim bezwzględnej świeżości, bodźców o maksymalnej intensywności i sporej przestrzeni na regenerację centralnego układu nerwowego.
Kiedy zestawimy taki profil z dużą objętością biegania odcinkowego i częstym wchodzeniem w głęboki laktat, warto zastanowić się nad dwoma zjawiskami:
- Czy zawodnik o profilu typowo wysokoenergetycznym jest w stanie zaadaptować się do takich obciążeń bez chronicznego przemęczenia i przeciążeń aparatu ruchu?
- Czy wymuszając na organizmie radzenie sobie z dużą kwasicą, nie uczymy go nieświadomie ekonomizacji biegu, co naturalnie wydłuża czas kontaktu z podłożem i przygasza tę najwyższą, biologiczną prędkość maksymalną?
Może być tak, że reżim mocno oparty na wytrzymałości bez problemu znoszą przede wszystkim ci, którzy z natury posiadają większy udział włókien pośrednich i wysoki bufor mleczanowy – czyli organizmy o profilu predysponowanym raczej do dystansu 300 czy 400 metrów.
Ciekawe lekcje z historii: Pilarczyk i Chyła
Warto w tym kontekście przyjrzeć się kilku wybitnym postaciom z naszej bieżni.
Pierwszym z brzegu przykładem jest Ryszard Pilarczyk – znakomity sprinter z rekordem życiowym 10,22 s na 100 metrów. Niewielu pamięta, że potrafił on w sztafecie 4×400 metrów osiągnąć ze startu lotnego fantastyczny czas 45,75 s (co z bloków dawało realny potencjał na poziomie 46,30–46,50 s).
Bardzo podobną historię, którą znam doskonale z autopsji z racji wspólnego trenera, miał Łukasz Chyła (rekord życiowy 10,20 s na 100 m). Łukasz jeszcze w wieku juniora, we wrześniu – a więc zupełnie po sezonie startowym i bez jakiegokolwiek bezpośredniego przygotowania pod jedno okrążenie – stanął na 400 metrów i z marszu nabiegał 48,50 s. Trener bardzo namawiał go wtedy na przejście na dystans 400 metrów, widząc ten potężny potencjał, choć sam Łukasz wolał pozostać przy setce.
Te przypadki skłaniają do refleksji: czy ich znakomite rezultaty na 100 metrów nie były w dużej mierze efektem potężnego silnika tlenowo-mleczanowego? Ich organizmy znakomicie adaptowały się do pracy na zakwaszeniu, bez problemu znosiły duże obciążenia tempowe i z powodzeniem przenosiły tę specyficzną wytrzymałość na dystans 100 metrów.
Pytanie na przyszłość
Nie chodzi o negowanie pracy nad bazą czy pojemnością buforową, ale o postawienie otwartego pytania: czy przez wieloletnią dominację treningu opartego na dużej objętości i tolerancji kwasowej nie gubiliśmy po drodze tych najbardziej „iskrzących” talentów na 60 i 100 metrów? Tych, którzy przy zderzeniu z ciężkim laktatem gaśli – nie dlatego, że brakowało im charakteru do pracy, ale dlatego, że ich układ nerwowo-mięśniowy był stworzony do zupełnie innego rodzaju wysiłku.
Może warto czasami spojrzeć na dobór środków treningowych nie przez pryzmat tego, ile zawodnik jest w stanie wytrzymać, ale co w jego motoryce chcemy rzeczywiście rozwinąć.
